
Jak wygląda macierzyństwo w Australii? Co mnie, mamę czterolatka, zaskoczyło, gdy byłam w ciąży? Czego nauczyłam się w tej matczynej podróży na końcu świata? Opowiem Wam dzisiaj (trochę z przymrużeniem oka, ale jednak prawdziwie) o tym, jak to jest być Matką Polką Australijką, która często nie wie, co się wokół niej dzieje… i jedzie dalej. Przez Australię – dosłownie i w przenośni.
Opieka ciążowa po australijsku
Lekarz ogólny i położna prowadzą twoją ciążę. Jesteś w szoku, gdy okazuje się, że prawdopodobieństwo wizyty u ginekologa/położnika jest bliskie zero. No chyba, że masz wykupione odpowiednio wcześnie prywatne ubezpieczenie zdrowotne. Wtedy szalejesz z brzuchem u specjalistów i w prywatnych szpitalach.
Inaczej cieszysz się państwową porodówką, opieką poporodową i niemowlęcą. Cieszysz się w pełnym tego słowa znaczeniu, bo te są na wysokim poziomie, a pracownicy są (zazwyczaj) przepełnieni empatią. Masz ochotę wyściskać ich wszystkich na odchodne.
Terminologia ciążowa, bobasowo-zdrowotna jest wyzwaniem; po polsku pewnie coś obiło ci się o uszy, ale po australijsku? o nieustanna nauka nowego słownictwa i ciągłe korzystanie z Google Translate. Zanim zaczniesz googlować, co dziecku dolega, sprawdzasz, co to znaczy po polsku.
Z niemowlakiem nie chodzisz do pediatry, tylko do swojego lekarza rodzinnego oraz do punktów prowadzonych przez pielęgniarki i położne, gdzie twoje dziecko jest mierzone i ważone, a ty możesz uzyskać porady np. w sprawie karmienia. Takie punkty mieszczą się czasem w ośrodkach kultury.
Samotność w macierzyństwie na emigracji
Grupy dla nowych mam są organizowane odgórnie przez lokalne zarządy z twojej okolicy, a informacje o nich dostaniesz już w szpitalu. Bo może poznasz tam kogoś z sąsiedztwa, z którym połączy cię coś oprócz niemowlaka i zmęczenia. A potem, mimo początkowej niechęci, odkrywasz nieznany dotąd świat grup zabaw, bo macierzyństwo na emigracji okazuje się bardzo samotną drogą. Playgroups są wszędzie – w szkołach, kościołach, w parkach, w bibliotekach. Wszędzie.
Może też sama zorganizujesz jakieś spotkanie w polskim gronie, bo znalezienie tej jednej, polskiej kumpeli, która ma dziecko w wieku twojego, jest na wagę złota.
Urlop macierzyński? Z zazdrością zerkasz w stronę koleżankę w Polsce. Bo w Australii, jeśli nie jesteś zatrudniona w instytucji rządowej, albo w prywatnej firmie, która sama z siebie oferuje rodzicom coś od siebie, należą ci się jakieś cztery miesiące, płatne minimalną krajową (przez ostatnie kilka lat nieustannie zmienia się coś w temacie – na lepsze dla mam i tatów).
Potem presja finansowa (ale też społeczna) sprawia, że wysyłasz lub przynajmniej rozważasz wysłanie dziecka do placówki opiekuńczej, za którą płacisz grubą kasę, może nawet podobną do tej, którą zarabiasz. Czasem, przy odrobinie szczęścia, dostajesz częściowe dofinansowanie od rządu.
Jeśli decydujesz się jednak nie wysyłać dziecka do żłobka lub przedszkola, nie wiesz sama, ile razy jeszcze spokojnie odpowiesz na pytanie, że jednak nie chodzi do placówki, tylko jest z mamą w domu. No nie chodzi. Bo wybierasz i możesz być z dzieckiem w domu. Wybierasz najtrudniejszą, najbardziej niedocenianą i niepłatna pracę świata. Sama z siebie.
Okazuje się, że tradycyjnie wraz z planowaniem rodziny, planuje się zakup domu w w dobrej dzielnicy. To idzie jakby w parze, bo w dobrej dzielnicy jest dobra szkoła, a ta bywa priorytetowa. Dobre szkoły to często te prywatne, a prywatne zazwyczaj związane są z jakąś religią, czyli katolickie, anglikańskie albo protestanckie. Szkoły całkowicie świeckie, niepowiązane z wyznaniem, to w Australii rzadkość. A dzieci nie chrzci się dla spokoju w rodzinie (jak to w niektórych miejscach na świecie bywa – przytyk), a dla szkoły, bo bez tego nie przyjmują.
Macierzyństwo i język – give me spokój!
Zastanawiasz się w jakim jezyku mówić do dziecka. Polski dla babci czy lepszej przyszłości? A może jednak angielski bez akcentu? Kończysz na bliżej nieokreślonej mieszance, które brzmi mniej więcej, tak: „Give me spokój!”. Nie wiesz jeszcze czy to dobrze czy źle.
Na półkach w sklepie nie ma wyboru kaszek w 15 smakach. Za to jest mango i awokado oraz: Vegemite, Witbix, Milo, które twoje polsko-australijskie dziecko będzie prawdopodobnie jadło z wielką przyjemnością. Obok placków z jabłkami oczywiście.
Polskie książki i polska babcia – czyli jak wygląda tęsknota
Wracając z wakacji w Polsce targasz najbardziej ciężkie walizki. Walizki pełne polskich książek dla dzieci, których w Australii nie kupisz. A czytanie po polsku pomaga ci czuć się bliżej.
Tęsknotę na emigracji rozumiesz dopiero wtedy, kiedy masz małe dziecko, które najbardziej na świecie kocha babcię z Milanówka. A Milanówek jest 14 000 kilometrów stąd.
Polski Dzień Matki, czyli 26 maja, zawsze będzie Dniem Matki Twojej Matki. Twój przypadnie na drugą niedzielę tego samego miesiąca.
Buty są zbędne, pływanie obowiązkowe
Widok dzieci biegających boso po ulicach, parkach, sklepach, był jedną z tych rzeczy, która na początku przygody z Australią dziwiła cię najbardziej. Teraz w końcu wiesz, że buty to jednak zbędny element dzieciństwa.
Nie ma jak gołe stopy.
Uczysz się nie wrzeszczeć na widok karaluch czy pająka, żeby nie przekazywać swoim leków. Uczysz się też tego, jak edukować w sprawie węży, dingo, krokodyli prądów w wodzie.
I uczysz pływać od urodzenia, bo lekcja pływania to nie są dodatkowe zajęcia tylko life skill, taki sam, jak sprawne operowanie widelcem.
Wybór balsamu do ciała dla maluszka determinuje to, czy posiada filtr UV. Kropka.
Największe marzenie australijskich rodzin staje się twoim największym marzeniem – BIG LAP. Czyli podróż z przyczepą dookoła Australii. Na rok, może dwa. Marzenie trzeba spełniać, więc jedziesz.
Wiesz już, że mimo wszystkich wątpliwości, które wracając jak bumerang, Australia jest najlepszym podwórkiem na dzieciństwo twojego dziecka. Na teraz.
Australia wciąż mnie zaskakuje – jako kobietę, jako mamę, jako człowieka. Czasem czuję się zagubiona, czasem silna jak nigdy wcześniej. Może nie zawsze wiem, gdzie zmierzam, ale wiem, z kim jadę. A to, w macierzyństwie i podróży, najważniejsze.









