Skip to main content
search


© The Gospo’s

Emigracja i życie w AustraliiPodróż Dookoła Świata

Rzuć pracę, kup bilet, pięknie się opal, zakochaj i nigdy nie wracaj…

By 10 maja, 202093 komentarze
Rzuć pracę, kup bilet, pięknie się opal, zakochaj i nigdy nie wracaj…

Wyjechałam w podróż dookoła świata i… nigdy nie wróciłam. Życie napisało dla mnie zaskakujący scenariusz. To historia jak z bajki, która wydarzyła się naprawdę. Wakacyjna miłość, która przetrwała próbę.

Rzuć pracę, kup bilet…

To była druga połowa 2012 roku.

Pięknie się opal…

Siedziałam gdzieś na rajskiej-tajskiej wyspie, ze stopami zanurzonymi w miękkim piachu. Słońce namiętnie tuliło moje blade jeszcze wtedy ciało i nakładało na włosy farbę koloru superblond. To był relaks, niczym w najlepszym SPA. W ręku zamiast szampana – rum z kolą, w drugim – soczyste mango. Słodki sok lał się aż do łokcia.

To były wakacje. Dopiero zaczynała się moja przygoda z samotną podróżą dookoła świata, dopiero zaczynała się moja przygoda z pisaniem tego bloga, dopiero zaczynałam się rozgaszczać w podróżniczym świecie, qle już czułam się w nim dobrze, jak u babci, na starej, wysiedzianej kanapie. Bezpiecznie, ciepło i nie chciało się wstawać.

Koleżanka napisała do mnie wiadomość.

Julka, jak ty nie wiesz jeszcze, co chcesz w życiu robić, to ja ci powiem, bo już wiem, co powinnaś. Powinnaś pisać, wydać książkę. Ale żeby był sukces, to wiesz co jeszcze musi się stać? Musi być happy end, musisz się zakochać, bez wątku romantycznego się nie obędzie.

„Tak, tak”, odpisałam z uśmiechem…

Tylko, że… dokładnie tak się stało.

Zakochaj…

Po kilku miesiącach w Azji, wylądowałam w Australii spragniona jak nigdy cywilizacji. Pod swoje skrzydła przygarnęła mnie w Sydney Klaudia (to jedno z wielu tych spotkań, które zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa nigdy nie powinny się wydarzyć). To tu miałam spędzić kilka dni, żeby potem ruszyć do Cairns, bo z Cairns miałam kolejny lot, do Melbourne. Ale co odkryłam? Że dotrzeć do Cairns wcale nie jest tak łatwo, bo to cholernie daleko! Tak, tak, wielka Australio, pokonałaś moją wyobraźnię, przyznaję. Do tego okazało się też, że jest bardzo drogo i pokonałaś też zasobność mojego portfela. W lekkiej panice szukałam sposobu, jakby tu dostać się na północ. Znalazłam bilet na pociąg. 15 godzin za $60. Dzięki tej podróży znajdę się w jednej trzeciej drogi do celu, w mieście Brisbane, o którym nigdy nie słyszałam.

„Czy znacie kogoś w Brisbane?”, spytałam na Facebooku. Cisza, ale potem dzwoni telefon. To Magda z Melbourne. Mówi, że jej kuzyn przeprowadził się niedawno do Brisbane, ale on ciągle gdzieś jeździ, włóczy się i nie jest pewna, czy akurat w ten weekend będzie w domu. Po godzinie dzwoni drugi raz. Mówi że mam szczęście, bo akurat to pierwszy weekend kiedy ów kuzyn będzie w domu i zaprasza mnie do siebie. Szczęściara?

Julia w Australii

Ale skąd się wzięła i kim jest Magda z Melbourne? Poznałam ją na rok przed moim wyjazdem w podróż dookoła świata na tzw. wieczorze towarzyskim, czyli wódka i papierosy (tak, to kolejna z tych dziwnych znajomości). Magda jest z Milanówka, tak jak ja, i przyjaźniła się od dłuższego czasu z moimi bliskimi znajomymi, ale jakoś nigdy nie było nam po drodze. Nie wiem jak to możliwe, ale zawsze się mijałyśmy. Aż do tego wieczoru… Zaczęłam jej i jej mężowi Bartkowi opowiadać o moim, jeszcze wtedy niepewnym, planie wyjazdu, a oni opowiadali mi o swoim, całkiem pewnym, planie wyprowadzki do Australii, który miał zostać zrealizowany w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Powiedziałam, „Odwiedzę Was, zobaczycie”. Odpowiedzieli, „Będziemy czekać”. Przed ich wyprowadzką widzieliśmy się jeszcze tylko raz, a potem napisałam do nich, gdy kupiłam bilet. Mieliśmy spędzić wspólnie Święta w Melbourne. W sumie się nie znaliśmy, ale zarówno oni, jak i ja, bardzo cieszyliśmy się na to spotkanie.

Wróćmy jednak do chwili wyjazdu z Sydney do Brisbane. Wsiadłam w nocny pociąg, a kuzyn Magdy miał odebrać mnie ze stacji.

„I’m driving the white van”, napisał.

„I have two green backpacks”, odpisałam z uśmieszkiem.

Z samochodu wysiadł trochę zarośnięty cwaniaczek w roboczych ciuchach, ucałował mnie na dzień dobry i zabrał do domu. Siedzieliśmy w pokoju, dyskutując po angielsku o tym, skąd się wzięłam i kim właściwie jestem. Boże, ile ja się namęczyłam żeby go zrozumieć! Po jakieś półtorej godzinie poszłam rozpakować plecak, a on zajrzał nieśmiało do pokoju i powiedział: „Czuj się, jak w domu.” Po polsku! Piękną polszczyzną kazał mi się czuć, jak w domu! Co za drań, nic się nie wysypał, a ja się tak pociłam.

W Brisbane miałam zostać na weekend. Zostałam na tydzień, nigdy nie dojechałam do Cairns, a bilet zmieniłam. Po prostu świetnie się razem bawiliśmy. Po przyjacielsku. Były długie rozmowy, wypady na plażę i na piwo, wspólne oglądanie filmów i polskich teledysków do trzeciej nad ranem, poszukiwanie kangurów na wolności, było porozumienie dusz. A potem było dziwne przeczucie, że jeszcze się spotkamy…

Kolejne dwa tygodnie, cudowne dwa tygodnie, spędziłam w Melbourne, u Magdy i Bartka. Boże Narodzenie, pierogi, choinka. Potem był Sylwester i… kto do nas dołączył? Kuzyn z Brisbane.

Poznajcie Sama.

Zmieniłam plany

Moja podróż dookoła świata musiała trwać dalej, chciałam żeby trwała, więc kilka dni po Nowym Roku wyfrunęłam na nowy ląd, do bajkowej  Nowej Zelandii. Minęło zaledwie kilka dnia, a w Nowej Zelandii wylądował… Sam i wybraliśmy się na krótkie wakacje. Wariat postanowił mnie gonić! No wariat. Och, ile my mamy wspomnień z tego okresu. Najpierw struchlała ja, czekająca na prawie nieznajomego w Christchurch. Nie zapomnę tych uczuć nigdy w życiu. Potem wycieczka przez nowozelandzkie bezdroża i spełnienie, naszego wspólnego jak się okazało, marzenia o podróży kamperem.

Julia i Sam w Nowej Zelandii

Wydawało nam się wtedy, że tak dobrze się znamy, że wiemy o sobie tak wiele. Nie znaliśmy się wcale, a mimo wszystko postanowiłam się zawrócić. Wsiedliśmy do samolotu trzymając się za ręce, przekonani że dobrze robimy. Kilka godzin później wylądowaliśmy w Brisbane.

To był intensywny czas. Pełen wzlotów, upadków nie było. Ceniliśmy każdą minutę, którą było nam dane spędzić razem, bo wiedzieliśmy że tych minut nie ma zbyt wiele, że w końcu będę musiała wylecieć, ruszyć dalej, bez wiedzy o tym, kiedy spotkamy się ponownie. Nie nudziliśmy się ani przez chwilę, a potem ze łzami w oczach, płacząc jak dwójka dzieciaków w piaskownicy, powiedzieliśmy sobie: „Do zobaczenia”.

Spotkaliśmy się w Meksyku

Po dwóch miesiącach „do zobaczenia” się spełniło. Spotkaliśmy się, na drugim końcu świata, w kolorowym Meksyku. Tak, Pan Wariat, kuzyn, Sam, znowu za mną poleciał! Uwierzycie? I rozkochał mnie w sobie po uszy! Potem poleciał po raz trzeci, za kolejne dwa miesiące, tym razem do Polski, żeby poznać moją rodzinę, przyjaciół, moje miejsca i życie, żeby złapać mnie za rękę i wsiąść razem do samolotu.

I nigdy nie wracaj!

Obydwoje wiedzieliśmy od początku, że to, co nas połączyło, jest wyjątkowe. Obydwoje wiedzieliśmy także, że jedno z nas poniesie za tą szaleńczą miłość wysoką cenę – padło na mnie. Musiałam zostawić wszystkich za oceanem, żeby rozpocząć życie na nowe, żebyś ruszyli we wspólną podróż przez świat. Dziś Brisbane jest naszym domem.

A co jeśli musisz rzucić wszystko, żeby odnaleźć szczęście na drugim końcu świata? Kliknij i zamów moją książkę

93 komentarze

  • Gabriela pisze:

    Zupelnie przypadkiem trafilam na Twojego / Waszego bloga , wpisalam w google podróżowanie samemu i wyskoczylo, zatrzymalam sie na dluzej bo bylam ciekawa kto co i o czym pisze. Historia niesamowita, i wspaniale ze z happy endem. To prawda, że nigdy nie wiesz co Cie spotka, a najlepsze zdarza się gdy zupelnie sie tego nie spodziewasz. Osobiscie po kilku latach bycia samemu, stwierdzilam, że tylko koty na starosc, mieszkajac 100 km od Oslo, przez internet poznalam Szweda z polnocy Szwecji, ktory tydzien wczesniej przeprowadzil sie do Oslo. Spotkalismy sie, stwierdzilam, co bedzie to bedzie, i po miesiacu zamieszkalismy razem.. W balaganie i pośpiechu, ale tak wlasnie mija 1,5 roku … Życie pisze przeróżne scenariusze 🙂

  • dumnamama pisze:

    Życie pisze najlepsze historie 🙂
    Teraz możecie napisać książkę na ich podstawie 🙂

  • Pozazdrościć 🙂 Piękna historia i w dodatku ciekawie opisana. Gratuluję bloga 🙂

  • Edyta pisze:

    I się uśmiałam i się popłakałam. Ze wzruszenia, takie już ze mnie płaczące stworzenie, bo Wasza historia nie ma sobie równych. Ale też dlatego, bo uświadomiłam sobie, że jedyną osobą/okolicznością, która może nas powstrzymywać przed osiąganiem nieosiągalnego jesteśmy my sami (ja sama…). Dziękuję Tobie, Wam za przypomnienie mi, jak z życia czerpać pełnymi garściami. Cieszę się, że Was poznałam. Ściskam!

    • Julia Raczko pisze:

      Hej Edyta! Miło mi, że udało się nam Cię pozytywnie wzruszyć i dotrzeć z tym naszym małym przekazem – jest dokładnie tak, jak piszesz – jedyną osobą/okolicznością, która może nas powstrzymywać przed osiąganiem nieosiągalnego jesteśmy my sam

  • Milena pisze:

    bardzo intrygujący tytuł, na pewno takie szaleństwa mogą przynieść człowiekowi wiele dobrego

  • Aga pisze:

    Super się czytało 🙂

  • Kasia pisze:

    Julia, czekam na książkę. Przyrzekam, przeczytam całość!

  • Elżbieta pisze:

    Witaj Julio,
    czy to jakiś znak, że dziś dostałam od Was e-maila? No tak się trafiło, że przyszedł news! Jutro wyjeżdżam, “gdzie oczy poniosą”. To, że Twój blog mnie swego czasu zainspirował to pewne. Jak ułoży się moja podróż i na jak długo, nie wiem, ale najchętniej bym nie wróciła. Kieruję się na południe, do słońca! Nie mam konkretnego długoterminowego planu, zdaję się na łut szczęścia. Też chcę być tak jak Ty szczęściarą!
    Pozdrawiam Was bardzo serdecznie,
    Elżbieta

  • Dzej pisze:

    Ojej uroniłam łezki 🙂 <3 dopiero odnalazłam Twój blog, będę czytać na pewno ! między nami- marzy mi się takie życie ;* gratuluję pozdrawiam całuję i życzę szczęścia razy milion

    • Julia pisze:

      Fajnie, że tu trafiłaś. Dzień dobry z AUstralii 😉 mamy nadzięję, że zostaniesz na dłużej!

  • Ivon pisze:

    Oh…no milosci warto szukac…chocby na odleglym koncu swiata! Zaplanowalas podrozy a dostalas nowe zycie…niech sie szczesci!!!?

  • Ania pisze:

    Kurde, zawszę się wzruszam jak to czytam 🙂 a czytam już z piąty raz! 🙂

  • Maciej pisze:

    W sumie na bloga wszedłem przez przypadek. Oniemiałem. Aż nie wiem co napisać. Naprawdę mnie ująłaś! W sumie nim wszedłem na Twojego bloga myślałem: “Takie kobiety nie istnieją”. Jesteś niesamowita… A już ten post to jakieś mission imposible.
    Nie wierzę w miłość, albo przynajmniej nie wierzyłem…
    Nie wierzę w przypadki, a Twoja historia dobitnie pokazuje, że one nie istnieją…

    • Julia pisze:

      Cześć Maciek! Cieszę się, że zajrzałeś na bloga i że Ci się u nas spodobało 🙂 Dzięki za wszystkie miłe słowa! Bardzo bardzo bardzo. Pozdrawiam z Australii ciepło. Julia.

  • Gabreiela pisze:

    Świetny tekst, lekko się czyta, normalnie wzruszyłam się:)
    Przy końcówce, po cichu liczyłam na kilka dodatkowych wersów-czuję niedosyt.

  • Dominika pisze:

    Cześć! 🙂
    Z wielką przyjemnością czytam twoje posty, koleżanka ma rację, powinnaś wydać książkę. I to nie jedną! 🙂
    Pozdrawiam, D.

    • Julia pisze:

      Z wielką przyjemnością czytam takie komentarze i … dziękuję! To bardzo motywujące. Macham od kangurów!

  • SzlakTurysty pisze:

    Cudownie, po prostu cudownie! Pozdrawiam i życzę wszystkiego co najlepsze! 🙂

  • Mimi pisze:

    ha to juz wszystko wiem, i wiem dlaczego jest taki opor moich rodzicow przed moja podroza…..a mowia: bo my sie boimy,ze nie wrocisz….a ja do teraz sie zatsanaiwalm, dlaczego mialabym nie wrocic??!!?;)

  • Jagoda pisze:

    Ale historia! Nie dość, że wątek romantyczny to jeszcze taki z końca świata, pawdziwy i trwały. Ho ho! 🙂 Czy życie nie jest zbiorem przypadków i sytuacji, którym trzeba po prostu pomóc zaistnieć? 🙂

  • Patrycja pisze:

    wow, niesamowita historia!

  • Ivona pisze:

    Co za historia… to chyba jednak przeznaczenie … ech jak to czytam, to aż chce sie wierzyc ze i ja mam szanese na taka wspaniala historie… a plan w stylu “rzucam prace, kupuje bilet i lecę do Australii” nie daje mi spac po nocach i powoli czuje, ze ten rok jest wlasnie tym, w ktorym chce sprobowac … Julka podziwiam Twoja odwage, ze sama zaplanowalas wszystko i po prostu pojechalas… Bo jednak we dwojke to razniej 😉

    • Julia pisze:

      Dzięki Iwona za przemiły komentarz! I tak – ruszaj w drogę, jak czujesz pod skórą, że powinnaś to zrobić.

  • Jarek pisze:

    Lepsza !!!

  • Bogna pisze:

    Hej Julia,
    Tak romantyczna historia, że aż poprawiła mi humor 🙂 Cieszę się, że znalazłam Twojego bloga. Chyba będę zaglądać tu co jakis czas. Twoja historia jest TWOJA, niczym nie da się porównać do jedz, Módl sie i kochaj.
    Właśnie szykuję się do napisania tekstu o mojej autostopowej przygodzie w Australii. Eh, to były czasy 😀
    wielkie pozdro, póki co z Katowic.

    • Julia pisze:

      Też się cieszę, że znalazłaś bloga i że podrzuciłaś link do swojego! Czekam na tekst. Kiedy tu bylaś?

  • Mariola pisze:

    Brisbane… Od tego miasta zaczęła się moja przygoda (nie tak romantyczna!) z Australią. Też w ramach podróży dokoła świata. Takie teksty przywołują wspomnienia. Czytając o Pani spotkaniu z Brisbane moje myśli przebiegały Queen Street, South Bank, Kangaroo Point…
    Dziękuję!

    • Julia pisze:

      Dzień dobry Pani Mariolu! Cieszę się, że Pani tu zajrzała. Niedawno jedna z moich czytelniczek podesłała mi link do Pani bloga i zakochałam się i w nim i w Pani od pierwszego wejrzenia! Uwielbiam ludzi, którzy spełniają marzenia 😀 Mam nadzieję, że kiedyś będzie nam dane się poznać?

  • Piękna historia. 🙂
    Pozdrawiam serdecznie.

  • Mikołaj pisze:

    Witam

    Jesteś wspaniałą kobietą, czytam Twojego bloga cały czas z uśmiechem na twarzy. Skromnym zdaniem powinnaś wydać książkę jak mówiła Tobie koleżanka. Miłości i Szczęścia nie będę życzył bo już Macie, natomiast całuje oraz kolejnych wspólnych lat.

    PS. Pokazujesz że nie trzeba dużo aby spełniać właśne marzenia, marzenia związane z podróżowaniem. To jest piękne.

    • Julia pisze:

      Bardzo dziękuję Mikołaj za miły komentarz i za wszystkie miłe słowa! Trzymam kciuki za książkę (nie jedną), bo to cel na ten rok! Motywuj! Pozdrawiam z Australii!

  • AristoFares pisze:

    Witam, no to grubo przygód co nie miara!;) A jak tam życie w Australii w praktyce wygląda?Jak się mają zarobki do kosztów życia?Czy ciężko zdobyć pozwolenie na pobyt stały? Jak z pracą?
    Też myślę o emigracji i mam dylemat co wybrać Australie czy Nową Zelandie. Odłożyłem na ten cel 50k zł. i teraz się zastanawiam czy wykupić jakąś szkołe językową na początek czy jechać na wizie turystycznej i na miejscu już kombinować?? Jak myślisz?
    Pozdrawiam!

  • Eva pisze:

    Haha no to traz rozumiem lepiej ten sentyment do Nowej Zelandii!!! 😉 Slicznie! 😀

  • Skylar pisze:

    Cudna historia i doskonale napisana! Zdecydowanie pisanie wychodzi Ci doskonale, więc koleżanka ma rację… 😉 Dodaję do zakładek żeby czytać regularnie 😉

  • Nadia pisze:

    Płaczę, ściskam i kibicuję!

  • Natalia pisze:

    Piękna historia, tym bardziej, że tak różna od innych. Każdy może się zakochać, wyjechać, gonić za sobą po świecie. Ale nie każdy może napisać, że ten czas bogaty jest w same wzloty, że radość z obecności drugiej osoby nigdy nie ustaje. Mnóstwo optymizmu płynie z Twojej opowieści, jest wartościowa i bardzo inspirująca!

    • Julia pisze:

      Tak właśnie miała być – inspirująca! Bo nigdy nie wiadomo co i kiedy Ci się w życiu zdarzy… 🙂

  • Super romantyczna historia, niebo lepsza niz ta z Julią Roberts. Bardzo mnie dopinguje gdy się ludziom udaje i gdy są szczęśliwi. Oby tak dalej! Pozdrawiam serdecznie z deszczowego Kentu.

  • Jak mawialysmy kiedys z kolezanka, “co ma wisiec, nie utonie, co ma utonac, z drzewa spadnie”;-) – czyli PISANE WAM BYLO!Bardzo fajna historia, przeczytalam jednym tchem. Ah, ci faceci 😉 Jestescie super para, bardzo do siebie pasujecie 😉

  • atergs pisze:

    o taaak – film to świetny pomysł i chętnie poszłabym na prremiere.
    rozbawiło mnie to “czuj się jak w domu” 😀
    może też w taki sposób poznam mojego męża – ale by było super 😀 -ale do tego jeszcze dużo czasu…

    • Julia pisze:

      Tak, nie wiedział co mówi, z tym ‘czuj się, jak w domu’ 🙂 Życzę zwariowanej, romantycznej miłości!

  • Jagoda pisze:

    Zdecydowanie dużo lepsza !:) Podróżuj, zwiedzaj i kochaj 🙂

  • Ula pisze:

    Przeczytałam tę historię z zapartym tchem. Na początku, bo starałam się sobie wyobrazić, jak to jest podróżować dookoła świata samemu (och!), a potem zagłębiając się w części romantycznej tego posta, który przypomniał mi moją własną historie miłosną. Te motyle w brzuchu i uczucie znania się od zawsze mimo, że tak naprawdę widzimy się po raz drugi w życiu.
    Pozdrawiam cieplutko z Francji
    Ula

    • Julia pisze:

      Dzieki Ula za wszystkie miłe słowa. I fajnie, ze udało mi się obudzić trochę Twoich emocji 🙂 Pozdrawianie z Australii 🙂

  • Emi pisze:

    Piękny tekst (i oczywiście historia)! I nareszcie mi się wszystko ułożyło w całość, bo z wcześniejszych wzmianek u Ciebie na blogu nie mogłam się połapać jak to było 😉 Ja mam z Indonezją dość podobną historię i za kilka dni moja kolej na jej opisanie, pozdrowienia!

  • kami pisze:

    to jest chyba najfajniejsza podróżnicza historia miłosna jaka znam 🙂 a poza tym jesteście przeuroczy 😀

  • Miłość zawsze przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie – zawsze wtedy, kiedy obiecujesz sobie, że się nie zakochasz, że ta podróż to czas tylko dla ciebie, że chcesz po prostu być wolna…bam! Życie pisze własny scenariusz i wszystko przewraca się do góry nogami, bo poznajesz tę jedyną osobę 🙂

  • Maciek pisze:

    Moja Kochana Lucia! Przeczytałem z łeską . M

  • Między innymi dzięki Twojej relacji zdobyłam się na decyzję i w przyszłym roku zamierzam ruszyć w podróż dookoła świata. Dzięki Julia, bo tacy jak Ty udowadniają i pokazują, że można. Obiecuję podać tą energię dalej 🙂

  • Monika pisze:

    Życie pisze najlepsze scenariusze a Ty potrafisz wszystkie historie doskomale ubrać w słowa – pięknie piszesz i pięknie opowiadasz. Kochajcie się nadal tak samo jak półtora roku temu 🙂 Pozdrowienia z Abu Dhabi – wracamy do mroźnej Polski po miesięcznej wizycie na Filipinach.

  • BlingAlley pisze:

    Jak to mówią: życie pisze najlepsze historie a wasza historia jest tego idealnym przykładem. 🙂

  • Ale historia! Niesamowite. Faktycznie nadaje się na film, a pewnie z przyszłych przygód będzie się dało nakręcić nawet trylogię 😉

  • Monika pisze:

    Kocham Was! Jesteście wspaniali!
    (Marzę, żeby kiedyś i mnie spotkała taka miłość. Choć w to niedowierzam…)

    Inspirujecie! I motywujecie jak cholera!
    Pozdrowienia z mroźnej Polski!

    • Julia pisze:

      Oj jej jej! Dziękujemy za takie mile wyznanie 🙂 Nigdy nie wiesz, co cię spotka i jak potoczy się Twoje życie, Monika. Może być pełne niespodzianek. Pozdrowienia z upalnej Australii!

  • Jowita pisze:

    Piękna historia! Naprawdę piękna. Z happy endem więc i książka będzie! 😀

  • Gapowiczka pisze:

    Świetna historia. Bardzo fajnie się czytało. Sam trochę się za Tobą nalatał 🙂 Życzę Wam jeszcze więcej lat szczęścia i wspólnych podróży.

  • Gaba pisze:

    kiedyś ktoś o tym nakręci film Julka 🙂 choć śledzę bloga i Waszą znajomość to za każdym razem jak o tym czytam – aż się wierzyć nie che – MEGA HISTORIA !!!!! Ciesze się Waszym szczęściem Wariaty 🙂 Trzeba chwytać marzenia i je realizować – BRAWO dla Ciebie 🙂 kiss kiss from Poland :*

Leave a Reply