Skip to main content
search


© The Gospo’s

Codzienność w AustraliiEmigracja i życie w Australii

Co się dzieje w tej Australii?!

By 13 października, 20212 komentarze
Co się dzieje w tej Australii?!

Zamordyzm. Totalitaryzm. Kraj Trzeciego Świata. Obozy dla nieszczepionych. Niewolnicza wyspa. Zakazy. Strach. Policja bijąca ludzi na ulicach. Początek rewolucji. Australia has fallen.

To lista tych mocniejszych określeń, które udało mi się wyciągnąć z kilku artykułów na poczytnych portalach i z tych na mniej (nie)znanych stronach, opisujących, jak wygląda obecnie sytuacja w Australii. Tymczasem ja, zaczynając pisać ten tekst w dzisiejszy słoneczny, wiosenny poranek, siedzę nad basenem z kubkiem kawy i talerzem tropikalnych owoców, obserwując — dżakarandy kwitną już na fioletowo, obok palma, na której przysiadły dwie kolorowe papugi, w tle niebieskość nieba, a na dole lekko przesuszona trawa, czekająca na deszcz, który ma przyjść za kilka dni.

Postaram się wyjaśnić, skąd bierze się ten błędny obraz wydarzeń w Australii, dlaczego i kto tak głośno krzyczy, gdzie wdziera się manipulacja, dlaczego to się tak dobrze klika i czemu tyle osób się na to nabiera. Nie będę przekonywać nieprzekonanych, raczej uspokajać zaniepokojonych.

Rok temu — Australia to piekło!

Mniej więcej rok temu niektórzy mówili o Australii — PIEKŁO — odwołując się do zamkniętych granic, lockdownu w Melbourne, błędnych hipotez o obowiązkowej szczepionce na Covid-19. Chociaż pod wieloma względami, szczególnie osobom mieszkającym w Melbourne, było cholernie ciężko, piekła nie było. 

Napisałam wtedy tekst „Sytuacja w Australii. „Trudno być pozytywnym”, ale do piekła nam daleko”  – poczytajcie, bo dotknęłam w nim kilka aspektów, do których dziś nie będę już wracać.

Chwilę później — Australio! Zazdrościmy.

Gdy w Europie i Stanach przyszła zima, sytuacja odwróciła się i świat zaczął patrzeć na Australię z zazdrością — tu było lato, nowych zachorowań praktycznie nie było, nie było również wielu restrykcji i w sumie życie toczyło się, jakby pandemia poszła w zapomnienie. W tym czasie na północnej półkuli codzienność była znacznie trudniejsza — lockdowny, ograniczenia, rosnąca liczba nowych przypadków, śmierci.

Teraz znowu — terror. A co będzie za dwa miesiące?

Patrząc na sytuację w Australii, należy pamiętać o kilku podstawowych kwestiach — geografii tego kraju, jego wielkości, położeniu, klimacie i oczywiście ustroju. A! No i tym, że świat jednak mało wie Australii, a gdy ma się mało wiedzy, łatwo wprowadzić nas w błąd.

Australia to ogromny kraj o rozpiętości Europy (punkt pierwszy do odnotowania), gdzie pory roku są odwrotne do tych w Polsce. Punkt drugi do odnotowania — zima jest polskim latem, a to właśnie w okresie zimowym choroby (nie tylko C-19) rozprzestrzeniają się najłatwiej. Jako federacja, Australia podzielona jest na stany i terytoria, które mają dużą suwerenność w ustanawianiu prawa. Za służbę zdrowia (co ważne w przypadku rozmowy o pandemii — punkt trzeci do odnotowania) odpowiedzialne są właśnie te regionalne rządy, a nie krajowy. To również regionalne rządy decydują o wprowadzaniu lokalnych restrykcji, ale kierują się tym, jak działa rząd federalny (czwarty punkt do odnotowania).

Zamknięte granice

Australia położona jest daleko i oddzielona od reszty świata wodą. Dość łatwo więc zrozumieć, dlaczego, gdy wirus szalenie szybko rozprzestrzeniał się po świecie, jedną z pierwszych decyzji rządu federalnego, było zamknięcie międzynarodowych granic i odizolowanie Australii od nieznanego i mało bezpiecznego. I to nie zmieniło się od marca 2020 roku, czyli już od ponad półtora roku (mamy październik 2021 roku).

W teorii granice kraju pozostają otwarte dla obywateli i stałych rezydentów, którzy chcą wrócić do Australii, ale ograniczona liczba lotów, pozwoleń na przylot, miejsc w hotelach kwarantannowych (płatnych!), sprawiają, że powroty są w praktyce mało realne. To już dość trudno zrozumieć, bo jak kraj może nie wpuszczać swoich własnych obywateli i mieszkańców? Nie wspominając już o rodzinach osób tu mieszkających…

Z Australii, z podobnych jak wyżej powodów, nie tak łatwo też wylecieć. Staliśmy się więc bezpieczną twierdzą — bezpieczną, ale jednak twierdzą. Te zamknięte granice to z jednej strony gwarancja „normalności” tu na miejscu, bo w większości kraju, przez większość czasu od początku trwania pandemii niewiele się zmieniło, z drugiej — ogromne ludzkie dramaty. Biznesy, które bankrutują, dzieci, które tracą na edukacji domowo-internetowej, samotność, która skutkuje rosnącą liczbą zaburzeń psychicznych.

Wielu (jak nie większość) długo cieszyło się z takiego rozwiązania, jakim jest zamknięcie krajowych granic i nie czuło potrzeby otwierania się na świat, który cierpiał, podczas gdy my tu, w Australii, mogliśmy czerpać życie na maksa. Ale Australia to kraj emigrantów i z tą akceptacją izolacji jest coraz trudniej, nawet u największych zwolenników rozwiązań, na które zdecydował się rząd. Poza tym Australijczycy zaczynają po prostu tęsknić za podróżami zagranicznymi, chociaż to już moje dywagacje.

Zamknięte granice stanowe, terytorialne i miasta

Tęsknić zaczynamy również za podróżami krajowymi, bo przez ostatnie miesiące poruszanie się po kraju nie należy do najłatwiejszych i trzeba naprawdę bacznie śledzić najnowsze doniesienia, aby wiedzieć, gdzie można jechać, a gdzie niekoniecznie. Zasada jest dość prosta — gdy gdzieś pojawia się ognisko wirusa, pozostałe stany czy terytoria zamykają granice dla osób z tego miejsca lub wprowadzają 14-dniową hotelową kwarantannę (płatną z własnej kieszeni) dla przyjezdnych. Nie ma jednak jasnych zasad i poruzmienia między przywódcami danych regionów, a Premier Australii jest raczej nieudacznym mediatorem.

Lockdown w Sydney (który skończył się po ponad 100 dniach w ten poniedziałek), trwający wciąż lockdown w Melbourne (Melbourne jest najdłużej zamkniętym miastem świata; dość niechlubny rekord, jak na miasto, które przez lata wygrywało w rankingach na najlepsze miasto do życia) czy lockdown w stolicy, Canberze, nie oznaczają lockdownu w całej Australii! Większość kraju żyje bez restrykcji lub z minimalnymi ograniczeniami, więc uogólnianie typu „Australia jest zamknięta” delikatnie mówiąc, wprowadza w błąd. W Brisbane, gdzie mieszkam ja, codzienność naprawdę nie zmieniła się wiele przez ostatnie dwa lata.

To mniej więcej tak, jak z pożarami kilka lat temu, kiedy wszyscy myśleli, że cały kraj sponiewierał ogień, a tymczasem pożary (choć ogromne) były tylko w jego niewielkiej części.

Protesty! Bójki na ulicach

Świat obiegły również dość przerażające obrazki z australijskich ulic, opatrzone wymienionymi na wstępie hasłami. Tak, w Australii są protesty tych zmęczonych lockdownami, tych, którzy nie wierzą w wirusa, czy grup zawodowych, na które nakłada się obowiązek szczepień (np. budowlańców). Największe i najczęstsze protesty są w Melbourne i w Sydney, ale zdarzają się też w innych miastach. O zgrozo — jak zawsze, w przypadku protestów, na ulicach pojawia się policja, która ma za zadanie pilnować porządku i karać łamiących prawo. I jak zazwyczaj podczas protestów pojawiają się starcia. Nie brakuje agresorów, ale nie ukrywajmy też, że czasem nie brakuje błędów popełnianych przez władze. Natomiast, pokazywanie skuwającego leżącą na ziemi starszą panią policjanta jest pokazywaniem wybranego urywka sytuacja i książkową manipulacją. To subiektywny obraz kawałka tego, co dzieje się wokół, a nie obiektywna relacja. Niestety, samozwańczy youtubowi czy fejsbukowi „reporterzy” bywają bardzo stronniczy w swoich relacjach, jednocześnie zarzucając stronniczość dużym mediom. Paradoks, prawda? 

Podsumowując, w Australii protestuje znacząca mniejszość społeczeństwa, chociaż zapewne dużo więcej ma już dość pandemii. Bo kto nie ma?

Eliminacja kontra życie

Australia przez długi czas trzymała się strategii eliminacji wirusa. Trudno powiedzieć, czy ta została obrana świadomie, czy przez przypadek, ale gdy powiedziało się A, trudno było się wycofać. Na początku pandemii poświęciliśmy wiele, żeby liczbę zachorowań utrzymać niemal na zerowym poziomie. Szczególnie dużo poświęcili mieszkańcy Melbourne, którzy przez część 2020 roku żyli w restrykcyjnym lockdownie. Strategia ta była skuteczna do momentu pojawiania się w maju 2021 roku wariantu Delta — wszyscy szybko zdali sobie sprawę (ej!), że tym razem nie zadziała i, aby kraj zaczął funkcjonować, potrzebne są szczepienia i adaptacja do „nowej normalności”. Liczby zachorowań nie da się utrzymać na poziomie zero nawet przy najbardziej radykalnych ograniczeniach.

Szczepienia w Australii

Szczepionki. No właśnie. Należy chyba zacząć od tego, że Australia nie spieszyła się, żeby je nabyć (znów — jest to poniekąd zrozumiałe — Australia chciała dać pierwszeństwo krajom, gdzie szczepionki były bardziej potrzebne; przynajmniej tak tłumaczył to rząd) i nie zabezpieczyła zakupu z producentami (co było zwykłym błędem polityków). Postawiła na jedną szczepionkę, Astra Zeneca, i produkcję jej tu na miejscu, ale potem wszystko się pokomplikowało. Długo czekaliśmy na dostawę szczepionek Pfizera (te Australia odkupiła je nawet od Polski) czy Moderny, a szczepienia ruszyły tu, w porównaniu do Europy czy Stanów, z dużym poślizgiem. Na szczęście, dzisiaj nadrabiamy straty, szczepienia są łatwo dostępne i duża większość społeczeństwa rozumie, że są potrzebne.

Co nie znaczy, że w Australii nie ma osób niepewnych nowych szczepionek czy też takich, którzy bardziej niż w szczepionkę wierzą w eksperymenty na ludzkości. Przeczytałam ostatnio w wywiadzie opublikowanym przez The Guardian bardzo trafną tezę, że antyszczepionkowcy to w Australii grupa dość uprzywilejowana — mogą pozwolić sobie na takie stanowisko w społeczeństwie, gdzie choroby są wyeliminowane dzięki temu, że większość stawia jednak na naukę.

Ale zaznaczę także, że w grupie osób niespieszących się do szczepień są w dużej mierze mieszkańcy stanu Queensland czy Australia Zachodnia, miejsc, które pandemia ledwo liznęła. Po prostu nie czują zagrożenia, a to trochę błędne koło — granice tych stanów pozostaną zamknięte, dopóki dopóty większość nie będzie zabezpieczona.

Za to Canberra, stolicy Australii, będzie za chwilę miastem z najwyższym poziomem szczepień na świecie!

Przywileje dla szczepionych kontra obozy dla nieszczepionych

Zacznę od tego drugiego — gdzieś tam w natłoku tych mających na celu przerazić błędnych informacji o sytuacji w Australii, pojawiło się hasło „obozy dla nieszczepionych”. Nie będę się rozwodzić — to bzdura, więc nie zawracajcie sobie głowy.

Prawdą jest natomiast, że Australia (jak kilka innych miejsc na świecie) wprowadza przywileje dla szczepionych i ograniczenia dla nieszczepionych. Ograniczenia dla nieszczepionych nie są tu niczym nowym — polityka „No jab, no pay” dotycząca niewypłacania zasiłków osobom nieszczepionym, czy „No jab, no play” dotycząca braku możliwości zapisania do przedszkola nieszczepionych dzieci, stosowana jest od lat. Dziś przywileje dla osób zaszczepionych na Covid-19 pojawiają się np. podczas znoszenia restrykcji czy w przypadku konieczności odbywania kwarantanny przez podróżujących — zaszczepieni będą mieć możliwość krótszej kwarantanny domowej, a nie dwutygodniowej hotelowej. Oczywiście jest to dyskusyjne, bo wprowadza podział społeczeństwa, a podziały nigdy nie są dobre. Średnio przyjemne jest też wypytywanie o dowód szczepienia podczas wizyt w restauracjach, co zdarza się już w stanie Nowa Południowa Walia.

Australijska gospodarka i Covid-19

Jak izolację znosi australijska gospodarka? Podobno całkiem nieźle. W 2020 roku była w recesji. Potem odbiła. Przed drugą falą, pojawieniem się wariantu Delta w maju tego roku, miała się doskonale. Z wariantem Delta przyszły kolejne lockdowny w dwóch największych miastach Australii, Sydney i Melbourne, i spadek. Czy teraz znowu uda się odbić? Wygląda na to, że tak. Nie jestem ekonomistką ani specjalistką w dziedzinie, więc jeśłi chcecie poczytać, zajrzyjcie np. tu “Australia’s economy 1.1 per cent bigger than at the start of the COVID pandemic, GDP data shows”.

Podsumowanie i osobiste doświadczenia

Myślę, że Australia miała szansę być przykładem dla reszty świata na to, jak radzić sobie z pandemiami (te zapewne pojawiają się znowu w przyszłości). Zamknięcie granic międzynarodowych było w moim odczuciu najlepszym, co kraj mógł początkowo zrobić. Kupić sobie bezpieczeństwo i czas. W pełni rozumiem też początkowo wprowadzane restrykcje krajowe. Szybkie i stanowcze kroki zadziałały i Covid-19 trzymał się daleko od Australii.

Niestety uważam, że potem zabrakło mądrego planu na wykorzystanie tego bezcennego, kupionego czasu, zabrakło dobrego przywództwa ze strony rządu federalnego, wdarły się polityczne przepychanki między przedstawicielami różnych stron politycznych, reprezentujących poszczególne stany i terytoria, no i szczepionki — zabrakło zamówienia szczepionek, planu szczepień i promocji szczepień. Jeszcze niedawni byliśmy dokładnie w tym samym punkcie, co rok wcześniej — lockdowny wprowadzony przy jednym przypadku, w praktyce zabraniano jakichkolwiek podróży międzystanowych, a  z półek znikał papier toaletowy. Dziś podejście zmienia się, a Australia ma jakiś plan.

Wiem, krótko i ogólnie, nie udało  mi się poruszyć oczywiście wszystkich aspektów, jak np. obowiązek noszenia maseczek, czy kary za łamanie zaleceń. Chciałabym jednak na koniec przejść do bardziej osobistych doświadczeń, a ten tekst jest już i tak bardzo długi (dziękuję, jeśli tu dotarliście).

Wraz z początkiem pandemii straciłam pracę i dochód — prowadziłam mały biznes turystyczny, planując podróże dla innych, będąc przewodnikiem, prowadząc tego bloga. Wsparcie od rządu dla takich jak ja (ale też dla większych lub bezrobotnych) przyszło bardzo szybko i nietrudno było je uzyskać, co dało potrzebny spokój w bardzo niepewnych czasach i przestrzeń na obmyślenie co dalej.

Kilka miesięcy później zaszłam w długo oczekiwaną ciążę. Radość mieszała się ze strachem. Szczęśliwie — byłam w Australii, dokładnie w Brisbane. Ta izolacja, zamknięte granice, bardzo niewielka ilość zachorowań, to wszystko pozwoliło mi przejść przez ten wyjątkowy okres ze względnym spokojem. Większość naszych wizyt lekarskich mogła odbyć się twarzą twarz bez żadnych przeszkód. Nie musiałam rodzić w maseczce, a Sam mógł być koło mnie. Gdy nasz synek trafił na intensywną terapię, mogliśmy być przy nim i przynajmniej to jedno zmartwienie — niebezpieczeństwo złapania przez nas lub przez niego wirusa — było bardzo ograniczone. Dziś możemy pokazywać mu nasz mały świata, na razie „mały”, ten w okolicy, ale możemy — możemy chwytać razem słońce, brudzić stopy w piachu, widywać znajomych, korzystać z wielu wygód i atrakcji.

W Brisbane (podkreślam – w Brisbane, a nie w  całej Australii) nie mieliśmy i nie mamy wielu restrykcji. Przez ostatnie półtora roku mogliśmy poruszać się po naszym stanie, mieliśmy szansę na wyjazdy, na liczne kempingi, dni n plaży. Restauracje są otwarte, teatry są otwarte, mój mąż ma pracę (a nawet może przebrać w ofertach, bo przez ograniczenie migracji mamy obecnie rynek pracownika) i mamy służbę zdrowia, która wyrabia.

Jednocześnie — czujemy się zamknięci, zamknięci w złotej klatce.

Nasze rodziny (oprócz mojej teściowej, której udało się przylecieć do nas z Melbourne w krótkim „oknie”, gdy granice były otwarte) nie poznały jeszcze naszego synka, a to już pół roku. Czujemy, że traci i on, i nasi bliscy i my. To czas, którego nie da się nadrobić. I to właśnie ten uciekający czas to coś, co dziś przeraża mnie znacznie bardziej niż wszystko inne. Z powodu zamkniętych granic nikt nie może nas odwiedzić ani my nie możemy nigdzie lecieć. Nie możemy realizować naszych pasji i po prostu żyć tak, jakbyśmy chcieli. A zegar nie zwalnia.

Wkurza mnie wiele. Serce pęka czasem na milion kawałków. Z drugiej strony przychodzi wdzięczność i docenienie tej jakże wygodnej przystani. Przyznam, że trudno mi w tym wszystkim o wyważone zdanie, bo zdarza się, że targną mną emocje. A zdarza się to regularnie.

To kiedy Australia otworzy granice?

Stopniowe otwieranie granic Australii ma zacząć się w listopadzie tego roku. Przed nami długa, wielostopniowa droga. Mamy jednak nadzieję, że przyszłe polskie lato spędzimy w Polsce, a kolejne australijskie lato ci, którzy marzą o Australii, będą mogli spędzić w Australii. Jeśli nie nasze życiowe plany mogę ulec zmianie. O otwieraniu  granic przez Australię napiszę oddzielny post.

2 komentarze

  • Basia pisze:

    Świetny tekst Julia! Moja szwagierka mieszkająca w Sydney, również tęskni za rodziną rozsianą po świecie – my też liczymy na rodzinne spotkania w Nowym Roku!

  • Chris pisze:

    Hej, mieszkam w Melbourne i nie zgadzam się z Twoim wpisem. Obecnie w Melbourne trochę się uspokoiło jednakże nadal to jest „police State”…Construction Workers, którzy protestowali kilka tygodni temu przeciwko obowiązkowym szczepionka to nie bul żaden set up…ludzie leżeli zakrwawieni na ulicach, pełno krzyków, płaczu i bezradności. Nie powinnaś wypowiadać się na temat sytuacji w miejscu, w którym Cię nie ma…ja to widziałem na własne oczy i uwierz mi, ten świat zmierza w złym kierunku a Australia to w ogóle jakaś porażka…skąd czerpiesz swoje źródła informacji?

Leave a Reply